wtorek, 28 lutego 2017

W MOIM MIEŚCIE


W moim mieście jest kilkanaście aptek, ale w żadnej nie sprzedają czopków na rozluźnienie egzystencji, więc większość jego mieszkańców chodzi z zaciśniętymi pięściami i umysłem. Patrzą nie widząc i oddychają nie żyjąc. The Walking Dead w wersji narodowo-prowincjonalnej. W niedzielę kościół, po kościele rosół, po rosole kotlet, po kotlecie o-jezu-jutro-poniedziałek. 

W moim mieście grają w kinie tylko to, na co przyjdzie więcej niż dziesięć osób. Na rynku stoi popiersie Władysława Jagiełły ozdobione ptasim guanem. Rynek oplatają sklepiki o nazwach, których nie znajdziesz w innym mieście. Nad jednym z nich wisi szyld „Sekrety Panny Klary”. Kiedyś weszłam tam z ciekawości, ale nie zastałam ani Klary, ani sekretów tylko poliester pod różnymi postaciami.

wtorek, 21 lutego 2017

OTCHŁAŃ W BARTNEM


Do bacówki w Bartnem, w Beskidzie Niskim, którą zarządza dyskusyjnie antypatyczny Wiórko Andrzej, dojeżdża się wtedy, kiedy ma się już wątpliwości, czy mijane po drodze domy są nadal polskie. A jeśli pomyślałeś, że zabłądziłeś, to znaczy, że jesteś na miejscu. Do Bartnego jedzie się wówczas, gdy chce się doświadczyć otchłani. Jak się doświadcza otchłani w Bartnem? Najpierw trzeba poczekać aż się ściemni. W Bartnem nie ma ani jednej latarni, czasem tylko można sobie poświecić myślą, jeśli jest się światłym człowiekiem. No więc, gdy już się ściemni, godzimy się wewnętrznie na zewnętrzny mrok, choć jego gęstość jest nieznośna dla ludzkiej percepcji, to jednak się godzimy. Wtykamy kciuka w usta, krążymy w tych wodach płodowych mroku przez jakiś czas, a otchłań sama nas znajdzie. Chyba, że prędzej zrobi to krowa, których tam pełno samopas sobie hasa.

fot. Rafał Kowalski

niedziela, 19 lutego 2017

ZIARNO


Stoję przed przejazdem kolejowym, czekam aż przejedzie ostatni wagon i myślę sobie, że brakuje mi podróżowania pociągami. Brakuje mi tych chwil, w których odwieszam całe bycie na wieszak i zostają mi same oczy, przez które wlewa się we mnie nieme kino zza okna. Podczas jednej z takich podróży, kilka lat temu w styczniu, kiedy szare, ciężkie niebo zlewało się z pokrytą brudnobiałym śniegiem ziemią, dostrzegłam rudą plamę, która - gdy przetarłam oczy - zmaterializowała się w postać lisa. Wyglądał jak ziarno rzeżuchy rzucone na wilgotną płachtę ligniny, jak wyrzut sumienia Natury, która mogła mu o tej porze roku zaoferować jedynie chłód i głód. Ostatni wagon już przejechał, zrobiło mi się zimno i zgłodniałam.