wtorek, 21 lutego 2017

OTCHŁAŃ W BARTNEM


Do bacówki w Bartnem, w Beskidzie Niskim, którą zarządza dyskusyjnie antypatyczny Wiórko Andrzej, dojeżdża się wtedy, kiedy ma się już wątpliwości, czy mijane po drodze domy są nadal polskie. A jeśli pomyślałeś, że zabłądziłeś, to znaczy, że jesteś na miejscu. Do Bartnego jedzie się wówczas, gdy chce się doświadczyć otchłani. Jak się doświadcza otchłani w Bartnem? Najpierw trzeba poczekać aż się ściemni. W Bartnem nie ma ani jednej latarni, czasem tylko można sobie poświecić myślą, jeśli jest się światłym człowiekiem. No więc, gdy już się ściemni, godzimy się wewnętrznie na zewnętrzny mrok, choć jego gęstość jest nieznośna dla ludzkiej percepcji, to jednak się godzimy. Wtykamy kciuka w usta, krążymy w tych wodach płodowych mroku przez jakiś czas, a otchłań sama nas znajdzie. Chyba, że prędzej zrobi to krowa, których tam pełno samopas sobie hasa.

fot. Rafał Kowalski

2 komentarze:

  1. Ale pięknie powiedziane :) Uwielbiam takie miejsca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mnie zaskoczyłaś, bo dopiero uruchomiłam bloga i nawet nie zdążyłam dopracować kilku rzeczy, bo nie sądziłam, że ktoś na niego tak od razu zajrzy, a tu taka niespodzianka, za którą i za miłe słowa bardzo dziękuję:) Serdeczności

      Usuń