wtorek, 28 lutego 2017

W MOIM MIEŚCIE


W moim mieście jest kilkanaście aptek, ale w żadnej nie sprzedają czopków na rozluźnienie egzystencji, więc większość jego mieszkańców chodzi z zaciśniętymi pięściami i umysłem. Patrzą nie widząc i oddychają nie żyjąc. The Walking Dead w wersji narodowo-prowincjonalnej. W niedzielę kościół, po kościele rosół, po rosole kotlet, po kotlecie o-jezu-jutro-poniedziałek. 

W moim mieście grają w kinie tylko to, na co przyjdzie więcej niż dziesięć osób. Na rynku stoi popiersie Władysława Jagiełły ozdobione ptasim guanem. Rynek oplatają sklepiki o nazwach, których nie znajdziesz w innym mieście. Nad jednym z nich wisi szyld „Sekrety Panny Klary”. Kiedyś weszłam tam z ciekawości, ale nie zastałam ani Klary, ani sekretów tylko poliester pod różnymi postaciami.
W moim mieście jest kilka knajp, w których weekendowo zalega element gimnazjalno-licealny. Jest też kilka melin, w których dilerzy sprzedają gówniarzom mefedron i dopalacze. Są dwie Biedronki, jeden Lidl, Delikatesy Centrum i Społem. Przed domem kultury stoi krzesło, na którym nikt nie usiądzie, bo jest za duże. To instalacja artystyczna, ale widziałam podobne pod Ikeą na wrocławskich Bielanach, więc nie bardzo dostrzegam, gdzie przejawia się w nim artyzm. 

W moim mieście pomaganie zwierzętom jest nadal budzącą politowanie egzotyką. W moim mieście schodzę do podziemia i przyglądam się wielokulturowym korzeniom, o których dziś mówi się, że są tak bardzo polskie. W moim mieście lubią nowoczesny patriotyzm: wieńce pod pomnikiem i grochówkę pod namiotem. W moim mieście sypia się na poduszkach z niepokoju i wynosi recepty od psychiatrów.

Moje miasto jest piękne od 22.00 do 6.00.

2 komentarze: