środa, 15 marca 2017

OPORNA MATERIA


Objeżdżam moje miasto rowerem w ciągu godziny. Poza XVII-wiecznym klasztorem i paroma innymi miejscami, pokrytymi patyną czasu, nie ma w nim nic ciekawego. Nieprawda. Są jeszcze ludzie. Większość mówi podobnie i dąży mniej więcej do tego samego. Jednak są i tacy, którzy zdają się patrzeć w zupełnie inną stronę - swoją własną. Jedną z takich osób jest poeta Mariusz Tenerowicz, z którym miałam okazję porozmawiać m.in. o zmaganiach z niezwykle oporną materią, jaką jest słowo.

Kim jest Mariusz Tenerowicz?

Mariusz Tenerowicz: Nauczycielem gimnazjalnym, historykiem z wykształcenia i anglistą, który przybył do Leżajska w latach dziewięćdziesiątych. Moim miastem rodzinnym jest Jasło. Stamtąd wyjechałem na studia do Rzeszowa. Anglistykę studiowałem w Sanoku i tego przedmiotu uczę teraz w tutejszym gimnazjum. Zacząłem studiować w czasie przemian ustrojowych w Polsce. To był bardzo ważny okres dla mnie, bo zdjęto cenzurę i wówczas zaczęła trafiać do Polski literatura z zachodu, która wcześniej była tylko w drugim obiegu lub nie było jej wcale. Mam tu na myśli przede wszystkim poezję, bo w latach osiemdziesiątych jej pojęcie było dla mnie mocno zawężone, choć mimo wszystko starałem się zdobywać i czytać „Literaturę na świecie” oraz „Twórczość”. Odzyskanie swobodnego dostępu do światowej poezji, zwłaszcza tej w wykonaniu amerykańskich postmodernistów na czele z Frankiem O’Harą i Allenem Ginsbergiem, było takim powiewem świeżości dla rodzimej literatury.

I na lata tego powiewu przypadł Pana debiut?

MT: Zgadza się. Debiutowałem w dwujęzycznej antologii „Dorzecza nadziei” wydanej w 1996 r. Potem publikowałem swoje wiersze na łamach czasopism literacko-kulturalnych takich jak „Fraza”, „Akant”, „Studium”, „Opcja”, „Kursywa”, „Undergrunt”, „Metafora”, „Obrzeża”, „Red”, „Poezja” i „Poezja dzisiaj”. Wydałem również dwa tomy poetyckie: „Fałszywy prorok” i „Poza ciemnokrąg”, a w ubiegłym roku obchodziłem dwudziestolecie swojej pracy twórczej. Na to, że zacząłem tworzyć poezję miało wpływ wiele czynników.

Kto Pana wówczas inspirował?

MT: Myślę, że ciekawość innej literatury zaczęła się u mnie w momencie, kiedy przeczytałem „Kaskaderów literatury”, antologię, dzięki której poznałem poezję m.in. Wojaczka, Poświatowskiej, Bursy, Stachury, Milczewskiego-Bruna. Zwłaszcza Wojaczek był dla mnie taką przełomową postacią. Następnie spotkałem się z poezją Tadeusza Nowaka, który wyrósł z poezji naturalistów, a potem zaczął tworzyć też prozę. Kolejną postacią, która miała i ma nadal wpływ na to, co robię jest Bruno Schulz. Przeczytałem wszystko, co napisał na jednym wdechu i do dziś uważam go za jednego ze swoich mentorów. Nawiasem mówiąc, mamy z Schulzem coś wspólnego, bo  rodzina ze strony dziadka ma korzenie w Drohobyczu. Moi przodkowie pochodzili ze Lwowa i okolic. W ogóle Kresy gdzieś tam we mnie drzemią cały czas.

A czy poza tymi, którzy niegdyś mieli wpływ na to, że zaczął Pan parać się poezją, są jacyś inni     – nazwijmy ich bardziej współczesnymi – mistrzowie „alchemii słowa”?

MT: Tak, oczywiście. Bardzo cenię twórczość Adama Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego, Jacka Podsiadły, Tomasza Różyckiego, Hertę Müeller, którą odkryłem dla siebie zanim dostała Nobla, Olgę Tokarczuk. Jej „Księgi Jakubowe” są genialne. Miałem przyjemność ją poznać, jest dla mnie niesamowitą osobowością. Dołączyłbym jeszcze do tego grona Annie Sexton i Sylvię Plath.

Jest Pan nauczycielem będącym poetą, czy poetą będącym nauczycielem?

MT: Przede wszystkim nauczycielem. Podchodzę bardzo poważnie do tego, co robię, a poezję traktuję jak malarstwo. Nie nazwałbym jednak poezji moim hobby. Poezja nie może być hobby. Jest zmaganiem się z materią słowa, co w przypadku naszego języka jest dość trudne, bo ma on ograniczoną elastyczność. Czasem wydaje mi się nawet, że pewne rzeczy brzmiałyby lepiej w  języku angielskim. Poezja jest ważną częścią mojego życia, ale nie najważniejszą.

Kim jest w takim razie poeta? Jean Cocteau powiedział, że poeta to ktoś, kto pragnie w jasny dzień pokazać światło księżyca, Różewicz - że poetą jest ktoś, kto pisze wiersze i jest nim również ten, kto ich nie pisze, Andersen - że poeta, to ktoś kto potrafi ugotować zupę nawet z patyka.

MT: Wszystkim po trochu. Jak wspomniałem, poezja to zmaganie się ze słowem, więc poeta to człowiek, który na to zmaganie w mniejszym lub większym stopniu się zgadza. Dobra poezja to efekt epifanii, olśnienia. Ale są też poeci, którzy traktują poezję jako rzemiosło – rzemiosło wysokich lotów. Tworzą ją ludzie, którzy są bardzo oczytani. Jako przykład podam twórczość Marka Krystiana Baczewskiego. Niczego nie zarzucam takiej poezji i ją cenię, ale jednak wolę taką, dla której bodźcem jest moment epifanii. Tworzenie poezji to uchwycenie tego momentu, ulotnego detalu, mistyki szczegółu.

No właśnie, jak to w końcu jest? W platońskiej teorii sztuk za procesem tworzenia stoi słynny furor poeticus, czyli szał poetycki lub wena, pod wpływem której można tworzyć, nie znając reguł rządzących sztuką. Jeszcze inna teoria przeczy istnieniu weny i kładzie nacisk na rzemiosło. Kolejna jest syntezą weny i rzemiosła. Która z teorii najlepiej charakteryzuje Pańską twórczość?

MT: Myślę, że ta będąca połączeniem weny i rzemiosła.  Jest coś takiego jak pismo automatyczne, ale nie chodzi mi o to, że się przykłada do kartki długopis i się pisze, tylko o to, że ma się pomysł i on obrasta w kolejne frazy, czasami udane, czasami nie. Potem nanosi się poprawki, ale jednak najwięcej zależy od wspomnianej już epifanii, przynajmniej u mnie, dlatego najuczciwszą wobec mojej twórczości wydaje mi się teoria o syntezie.

W ciągu dwudziestu lat swojej pracy twórczej był Pan laureatem wielu prestiżowych konkursów poetyckich? Czy którąś z nagród ceni sobie Pan najbardziej?

MT: W 2015 r. wziąłem udział w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla organizowanym przez m.in. Konsulat Austrii w Krakowie. Zdobyłem wówczas główną nagrodę i jest to dla mnie najważniejszy jak dotychczas konkurs.

W odmętach internetu znalazłam informację, że inspiruje się Pan w swojej twórczości sztuką. Te inspiracje są nadal aktualne, czy pojawiły się nowe?

MT: Nadal inspiruje mnie sztuka i wszystko to, co niesie ze sobą obietnicę tego błysku, pod wpływem którego się pisze. Inspiruje mnie również muzyka. Począwszy od muzyki poważnej: Chopin, Czajkowski, ale głównie Berlioz, po polską muzykę rockową: Brygada Kryzys, Republika, Maanam, Variété.

Czy zdradzi Pan, co teraz czyta?

MT: „Sercątko” Herty Müller, bardzo lubię jej twórczość, bo jest malarką słowa i królową detalu. Czytam również „Poetów na nowy wiek”, antologię wierszy poetów, którzy debiutowali w latach 2001-2009.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

MT: Ja również dziękuję.


DZIEŃ PIĄTY (z Carpentiere)

„Królestwo moje jest z tego świata…”
na razie nieukończona Ziemia jest płaskim
dyskiem wyjętym z niebytu, tutaj się właśnie
kończy, a za krawędzią zaczyna otchłań, jeszcze
wczoraj Bóg życiodajnym palcem rozrabiał glinę
i wapno, rozcierał nowe warstwy błękitu,
w którym zawiązują się pierwsze supły światła
(już jutro odczytają je kapłani Majów) tymczasem
delfiny zmysłów przeskakują ponad falami, pegazy
objuczone kuframi dziejów pasą się na równinie
kruk i gołąb wypuszczone szukają materii gniazd
wąż pierzasty połyka swój ogon – jak było
na początku wskazują skorupy jaja, z którego 
wypełzł, księżyc przepoczwarza się z kokonu 
w srebrnooką ćmę, na razie nieukończona Ziemia
jest jeszcze płaska – tutaj właśnie kończy się
horyzont i w otchłań wpadają siatki odkrywców,
którzy pod pokładami chcieli przywieźć
armaty i księgi ze Starego Świata.

Mariusz Tenerowicz
9 września 1998 r.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz