czwartek, 2 marca 2017

STRAŻNIK BIBLIOTEKI



W powiatowym mieście L. stoi 400-letni barokowy klasztor OO. Bernardynów. W klasztorze znajdują się jedne z najsłynniejszych organów w Europie i to głównie one przyciągają do miasta jeszcze jakichś turystów. Mnie do tego miejsca też coś ciągnie, ale bynajmniej nie jest to potrzeba pogłębiania wiary, bo nie mam obecnie potrzeby zagłębiania się w żaden system religijny. Po prostu lubię sobie tam posiedzieć w ciszy. W klasztorze, w dawnym magazynie żywnościowym jest dziś biblioteka, do której zwiedzający nie mają dostępu, kryjąca kilkusetletnie starodruki i inne tomiszcza. W październiku udało mi się jednak tam dostać. Powodem były setne urodziny opiekuna klasztornego księgozbioru Zbigniewa Larendowicza, z którym miałam przeprowadzić wywiad do Makulatury Powiatowej, a który zaprosił mnie do swojego królestwa.

Kiedy dotarłam do klasztornej książnicy, pomyślałam, że czeka mnie niezła frajda, skoro nawet drzwi wyglądają tak, że aż chce się je ukraść. Zapachu, który poczułam przekraczając próg, nie da się porównać z niczym. Wyobrażam sobie, że tak będzie pachniał wehikuł czasu, jeśli zostanie w końcu wynaleziony. Pan Zbigniew siedział pochylony nad swoim biurkiem, przy którym przez trzydzieści lat skatalogował ręcznie trzydzieści tysięcy woluminów. Na głowie miał zabawną, dzierganą czapkę, którą nosi na czubku głowy, bo jak sam powiedział: "nie pamięta, gdzie zgubił włosy i mu zimno". Podkreślił jednocześnie, że na jej noszenie dostał zgodę samego kustosza. Opowiedział mi historię swojego życia i jest ona na tyle niesamowita, że postanowiłam zrobić wyjątek, czyli nie zmieścić się w trzystu słowach i przytoczyć jej fragmenty, bo myślę, że warto. Zresztą sami oceńcie.

Ostatnio niestety podupadłem na zdrowiu. Proszę sobie wyobrazić, że tuż przed moim urodzinami uciekłem ze szpitala, bo strasznie mnie tam lekarze męczyli, ale dopóki chodzę, dopóty pracuję - tu w bibliotece. To miejsce, w którym wiem, gdzie co jest, bo sam wszystko układałem i porządkowałem. (…) Jest tutaj jedna ważna dla mnie książka. Dostałem ją od pewnego pana, który pracował tu jako ślusarz. Znajduje się w niej lista katyńska. Pewnego razu, kiedy ją przeglądałem, znalazłem w niej imię i nazwisko swojego dowódcy z czasów wojennych, Tadeusza Seiferta. Niech sobie pani wyobrazi, że do tego czasu nawet nie wiedziałem, że zginął w Katyniu. Kiedy dostaliśmy się do niewoli sowieckiej, wysłali nas tym samym transportem w głąb Związku Radzieckiego. Byliśmy przekonani, że Sowieci nas z tej niewoli wypuszczą - tak zresztą mówili - ale ja nie dojechałem do końca, bo zbiegłem z tego transportu, dzięki czemu nie zginąłem w Katyniu.

Kiedy wchodzę do biblioteki, to wiem, że nikogo tu nie było poza mną. Ja to po prostu czuję. Całą pracę sam sobie organizowałem i znam to miejsce jak swoją kieszeń. Trochę się denerwuję, kiedy ktoś wyciąga książkę i nie odłoży jej na swoje miejsce, dlatego wolę sam je wyciągać i podawać, bo ja wsadzam zakładkę w miejsce, z którego wyciągnąłem książkę. (…) O, ta półka jest nawet tak specjalnie podpisana Libri Leżajscensis. Są na niej wszystkie książki, jakie zostały napisane o Leżajsku i klasztorze. Moje też. Napisałem około 300 publikacji, a niektóre z nich ukazały się drukiem. Pisałem o historii tego miejsca i o tym, co obserwowałem przez te wszystkie lata.

W czasie wojny byłem na weselu brata ciotecznego mojej żony, które odbywało się w Rudniku nad Sanem. Na tym weselu był bimber, którego troszkę się napiłem. Strasznie się nim zatrułem i od tamtego czasu nie piję wódki - nikt mnie do tego nie namówi. Ale orzechówkę robię wybitną. Ludzie do mnie po nią przyjeżdżali. Jak mnie pani odwiedzi w domu, to dam spróbować, ale najpierw zapytam się, czy pani rodzice pozwolą. Nigdy też nie paliłem papierosów. Raz spróbowałem z kolegą, gdy miałem sześć lat, ale to się źle skończyło, bo womitowałem strasznie i od tego czasu nie wziąłem papierosa do ust.

Poleciałem sobie, proszę pani, dawno temu do Kanady, do brata mojego. On tam ożenił się z taką Szkotką, która nie gotowała zbyt dobrze. Wracałem potem jakimś roztelepanym samolotem, ale szczęśliwie doleciałem do Polski. Kolejny lot tego samolotu był jego ostatnim, bo się rozbił. Tak sobie myślę, że miałem w życiu dużo szczęścia.






2 komentarze:

  1. Mam gulę w gardle...i te książki. Dziękuję za tę historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, nie ma za co :) Dla mnie rozmowa z panem Zbigniewem i aura tamtego miejsca były czymś tak bardzo wyjętym z rzeczywistości, jaką znam, że wciąż wracam do tamtego spotkania i rozmowy, a opisanie tego, choć pokrótce, uchroni to wspomnienie od wyblaknięcia. Muszę jeszcze kiedyś się tam znaleźć - magia! :)

      Usuń