sobota, 1 kwietnia 2017

"NIC ZWYCZAJNEGO" MICHAŁ RUSINEK


W 1996 r. Michał Rusinek, świeżo upieczony magister filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim został zatrudniony na trzy miesiące w charakterze sekretarza Wisławy Szymborskiej. Z trzech miesięcy zrobiło się piętnaście lat. Całe szczęście, bo zapewne nie powstałaby książka, dzięki której zyskujemy dostęp do świata, w którym króluje najwyższej próby ironia, słowna ekwilibrystyka i dowcip w wykonaniu noblistki. Co prawda ów dostęp ma wielkość dziurki od klucza, ale to wystarczy, żeby po lekturze „Nic zwyczajnego” bardzo pozazdrościć Rusinkowi znajomości z Szymborską. W trakcie tych kilkunastu lat autor pełnił nie tylko funkcję jej sekretarza, ale także strażnika prywatności, którą Szymborska ceniła sobie nade wszystko Od czasu do czasu zarzucano mu, że odcina kupony od sławy noblistki, jakby bez znaczenia było to, że w efekcie pracy nad kolejnymi stopniami naukowymi wyszły spod jego pióra cenione publikacje i to, że napisał również kilka bestsellerowych książek dla dzieci. 

„Nic zwyczajnego” to książka, której sporą część stanowią anegdoty. Niektóre z nich Rusinek opowiadał już w debiucie reżyserskim Katarzyny Kolendy-Zaleskiej pt. „Czasami życie bywa znośne”, przedstawiającym sylwetkę Szymborskiej, ale o ile w filmie wydawały mi się one nieco ckliwe, o tyle w książce podane są w sposób bardzo powściągliwy. Być może przyczyna  leży w tym, że Rusinek musiał dać sobie czas (zresztą chyba nawet wspomina o tym w książce), aby móc znów o Szymborskiej opowiadać, bo nie podlega dyskusji to, że była mu bardzo bliska. Kiedy taka osoba znika z naszego życia, to jedynie czas może sprawić, że zaczniemy o niej mówić bez konieczności panowania nad drżącym głosem i uciekania wzrokiem w bok, bo oczy nam się zaszkliły. 

Emocjonalny dystans autora do własnych wspomnień oraz ironiczny dowcip (szlifowany zapewne jeszcze pewnie podczas sekretarzowania noblistce) to niewątpliwie jedne z największych zalet książki. Mimo że Rusinek pisze wprost, iż jest Szymborską zafascynowany, to ta fascynacja jest dyskretna, nienachalna – jakby wyszła na jaw zupełnie przez przypadek, co dla mnie jest bardziej wiarygodne niż rozbuchane peany na czyjąś cześć. Z opowieści autora wyłania się obraz kobiety stroniącej od publicznych wystąpień, niechętnie opuszczającej swoje mieszkanie i prawie całe życie bujającej się na hamaku rozpiętym między dwiema skrajnościami: niebywałym poczuciem humoru a nostalgią.Uwaga, lektura „Nic zwyczajnego” grozi nieodpartą chęcią sięgnięcia po poezję Szymborskiej i odkrywania jej na swoich własnych warunkach, nie zaś przez pryzmat szablonów wyznaczanych przez szkolne podstawy programowe. Warto? Tak, tak i jeszcze raz tak.

2 komentarze:

  1. Wiesz Natalko, może tej oszczędności słów nauczył się od Szymborskiej?
    W trakcie tej lektury nie śmiałam się, ale chichotałam. Nie wiedziałam, że noblistka miała w sobie małego łobuza.
    Dobrze było przeczytać, że nie tylko ja nie cierpię pompatycznych imprez, wystąpień, ciągłego podróżowania.
    Eh...
    Głaski dla kota i całusy dla Ciebie:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę, że od niej :) A książkę za jakiś czas przeczytam ponownie, bo niesamowicie pozytywnie na mnie wpłynęła :*

      Usuń