wtorek, 16 maja 2017

WOKÓŁ FAKTU Z MAGDALENĄ GRZEBAŁKOWSKĄ


Najwspanialszą zaletą fascynacji czytelniczych jest to, że się zmieniają. Oczywista oczywistość, bo przecież zmieniamy się my sami, a co za tym idzie - przeobrażeniu ulegają nasze potrzeby intelektualne oraz duchowe. Na studiach połykałam książki Jeanette Winterson, następnie lubowałam się w kawiarniano-inteligenckiej poezji współczesnej i pisarstwie Jerzego Pilcha (którego dziś jakoś przełknąć nie mogę), a potem nastąpił długi okres fascynacji literaturą iberoamerykańską. Nie wiem, czy to z powodu przekroczenia jakiś czas temu o-boże-trzydziestki i tym samym zejścia na ziemię w pewnych kwestiach, ale moje ciągoty czytelnicze pogalopowały w stronę literatury non-fiction i od ponad roku zaczytuję się w głównie w reportażach oraz biografiach. Dobrymi powieściami też nie gardzę, ale obecnie sięgam po nie rzadziej. Zaobserwowałam nawet ostatnio, że mój regał się „odfikcyjnia”, bo kupuję teraz głównie literaturę faktu.

Szukając recenzji jakiejś upatrzonej przeze mnie książki, zupełnie przez przypadek trafiłam na świetny serwis dotyczący literatury non-fiction właśnie – Wokół Faktu. Prowadzony jest przez Kasię i Łukasza Stańczyków, wielkich miłośników reportażu. Na stronie znalazłam sporo dobrych podpowiedzi czytelniczych (nie tylko z gatunku non-fiction) i jeszcze się nie nich nie zawiodłam. W serwisie znajdziecie też wywiady z czołowymi autorami reportaży i sporo innych ciekawych informacji. 

Podobnie jak w przypadku literatury pięknej, literatura faktu również ma swój kanon, w którym nie może oczywiście zabraknąć książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hanny Krall. Na pewno po nie, jak i inne „kanonowe” reportaże oraz biografie sięgnę, ale póki co, tworzę własną top listę. Są na niej już: Michał Olszewski, Justyna Kopińska, Filip Springer, Wojciech Jagielski i Mariusz Szczygieł oraz moja ulubienica Magdalena Grzebałkowska. Wszystko, co wychodzi spod jej pióra przyprawia mnie o czytelniczy dreszczyk.

Niebywała rzetelność, pisarski zoom na detal, a przede wszystkim na człowieka oraz umiejętność wyławiania z odmętów historii pozornie nieistotnych faktów to cechy pisarstwa Grzebałkowskiej, które przyciągają mnie do jej książek jak hipochondryka apteczne promocje. Podczas czytania reportażu, a właściwie zbioru reportaży „1945. Wojna i pokój” musiałam mniej więcej co trzeci rozdział robić sobie przerwę, żeby ochłonąć, bo nie dało się tego czytać odkładając emocje na bok.
Jest taki oklepany zwrot: „tę książkę powinien przeczytać każdy”, ale nic lepszego nie wymyślę. Historia Wernera Hamseleita, rezydentów utworzonego w 1945 r. Domu Dziecka im. Dawida Guzika w Otwocku czy kobiet, które zatrudniały się przy ekshumacji zwłok powstańców, wytatuowały mi się w pamięci. Wiem, że na zawsze. To druga, tak rzetelna książka i tak obsesyjnie trzymająca się faktów, jaką czytałam. Pierwsza to biografia Beksińskich, zresztą również autorstwa Grzebałkowskiej. Obiektywizm jest dla mnie pojęciem naiwnym i utopijnym, ale jeśli jest możliwy, to jako narzędzie obserwacji świata dany jest niewielu. Grzebałkowska zdecydowanie się do nich zalicza.

Nietrudno sobie zatem wyobrazić, jak wielka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że w mieście sąsiadującym z moim odbędzie się spotkanie autorskie z Magdaleną Grzebałkowską. O losie słodki! Gnałam tam w podskokach. Spotkanie odbywało się w bibliotece. Ucieszyło mnie to, że uczestników było sporo, ale nie na tyle, żeby nie było czym oddychać. Magdalena Grzebałkowska z miejsca zyskała sympatię słuchaczy, bo objawiła kolejny, poza pisarskim, talent: gawędziarskie zacięcie okraszone dużym poczuciem humoru.

To dzięki niemu spotkanie przebiegało w luźnej atmosferze i myślę, że każdy z tam obecnych miał podobne odczucia do moich: trwało zdecydowanie za krótko. Od tego wydarzenia upłynął już prawie miesiąc, a mi do tej pory dźwięczą w głowie echa tych wszystkich niesamowitych historii, których próżno szukać w książkach autorki. Za to właśnie cenię spotkania autorskie. Oczywiście pod warunkiem, że uczestnicy też przychodzą na nie przygotowani. A po czym poznać, że się przygotowali? Po braku tendencyjnych i nieprzemyślanych pytań, które zazwyczaj padają tylko po to, aby przerwać krępującą ciszę, a nie dlatego, że pytający faktycznie chce się czegoś dowiedzieć.

Najbardziej interesowała mnie kwestia odpowiedzialności reporterskiej, więc o to autorkę zapytałam. Pytanie nie było przypadkowe. W październiku ubiegłego roku uczestniczyłam w warsztatach pisarskich z udziałem Ingi Iwasiów, Wita Szostaka, Łukasza Orbitowskiego, Jana Wolskiego oraz Michała Olszewskiego. Podczas zajęć z reportażu, kiedy rozmawialiśmy o tym, czym odpowiedzialność reporterska jest, Michał Olszewski wspomniał o sytuacji, która przytrafiła się właśnie Magdalenie Grzebałkowskiej, a raczej bohaterce jej reportażu, który znalazł się w „1945. Wojna i pokój”. Bardzo zaciekawił mnie ten wątek, więc skoro nadarzyła się okazja, aby dowiedzieć się o tym czegoś więcej, po prostu ją wykorzystałam. Mam nadzieję, że niczego nie zepsuję czytelnikom, którzy lekturę książki mają dopiero przed sobą, tym, że sparafrazuję poniżej słowa autorki. 

We wspomnianym reportażu pada nazwa dzielnicy Wrocławia, a jest to jedna z niewielu dzielnic miasta, w której od 1945 r. pod względem urbanistycznym i migracyjnym nie zmieniło się aż tak wiele. Niestety, tego Grzebałkowska nie przewidziała. Wśród czytelników książki znaleźli się mieszkańcy dzielnicy, w której żyje bohaterka reportażu i mimo że nie występuje w tekście pod swoim nazwiskiem, szybko została zdemaskowana. Z racji jej wspomnień opublikowanych w książce, które, moim zdaniem, nie zawierają niczego, co zasługiwałoby na taki ostracyzm, jaki ją spotkał, kobieta została wykluczona m.in. z lokalnego kółka różańcowego. Dla kogoś, kto nie ma rodziny, jest osobą starszą, samotną i do tego bardzo wierzącą, taka forma socjalizowania się jest na wagę złota. Trudno mi sobie wyobrazić, jak musiała się czuć z powodu tego, co ją spotkało. Kiedy do Magdaleny Grzebałkowskiej dotarły te przykre wieści, skontaktowała się ze swoją bohaterką i zaoferowała wsparcie. I to jest, w moim mniemaniu, całkiem niezły przykład wspomnianej odpowiedzialności reporterskiej. Z niecierpliwością czekam na nową książkę Grzebałkowskiej, a będzie to biografia Krzysztofa Komedy. 

P.S. Magdalena Grzebałkowska podczas spotkania miała na nogach kapitalne trampki i bardzo żałuję, jako zdeklarowana trampkofilka, że nie zdążyłam zapytać, gdzie je kupiła.

fot. J. Motyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz