O BLOGU

Pomysł na „Trzysta słów” narodził się z …braku czasu. Kilka lat temu założyłam innego bloga, na którym umieszczałam różne teksty: od recenzji książek, frustracji przekłutych w litery, przez sentymentalne, podszyte weltschmerzem wywody, po prawdziwe historie półzmyślonych ludzi. Ciągły deficyt czasu sprawiał, że blog obrastał pajęczynami, czym karmiłam swoje kolejne frustracje, aż w końcu stwierdziłam, że tak dłużej być nie może. Musiałam się zastanowić, jak ugryźć to, że chcę pisać, ale na pisanie nie mam tyle czasu, ile bym chciała. Rozwiązanie okazało się bardzo proste i ma swoje źródło w drabble’ach, czyli krótkich, bo składających się ze stu lub dwustu słów historyjek. Po raz pierwszy słowo drabble pojawiło się w „The Big Red Book” – książce z 1971 r. autorstwa panów z Monty Pythona, zawierającej materiały pochodzące z pierwszych dwóch serii „Latającego Cyrku Monty Pythona”, czyli kultowego serialu komediowego tworzonego dla telewizji BBC.

Początkowo drabble było określeniem konkursu literackiego, o którym była mowa we wspomnianej książce. Jego zwycięzcą miał być ten, kto pierwszy ukończy swoją powieść, a żeby wszyscy szczęśliwie dotrwali do końca konkursu ustalono limit stu słów. Z kart montypythonowskiej książki drabble trafiły do literackiego obiegu jako nowy gatunek dzięki wielbicielom literatury fantasy, którzy w latach 80. spopularyzowali tę formę literackiej ekspresji właśnie za sprawą konkursów.

W Polsce o drabble’ach usłyszeliśmy stosunkowo niedawno, bo w 2013 r. dzięki książce Krzysztofa T. Dąbrowskiego „Z życia dr Abble”, będącej zbiorem skeczy i drabbli naszpikowanych groteską, czarnym humorem i grozą. Gatunek ten nadal najchętniej uprawiają wielbiciele fantasy, sci-fi i powieści grozy, co nie znaczy, że nie jest praktykowany przez entuzjastów fabuł bliższych rzeczywistości.


Uważam, że trzysta słów to na tyle optymalna ilość, że mogę w niej wyrazić wszystko, pod warunkiem, że słowna materia jest kompatybilna z moim szałem twórczym. Przekonałam się, że spokojnie w tych trzystu słowach mogę zmieścić wszystkie swoje stany umysłu i ducha. Z definicji drabble składają się ze stu słów, ale są też dribble, które narzucają limit pięćdziesięciu słów oraz droubble, czyli podwójne drabble, składające się z dwustu słów. Nigdzie zaś nie mowy o drabble’ach składających się z trzystu słów. Odpowiedź brzmi: bo to nie są już drabble, choć przecież to tylko o sto słów więcej. 

W idei drabbli chodzi głównie o to, żeby nauczyć się panować nad zwięzłością i stylem, więc czyjeś głowy uznały, że stu- lub dwustusłowiec to idealny kaganiec na własne zapędy do produkcji dłużyzn. A że dokładam do tego jeszcze sto (a nawet więcej) nadprogramowych słów? Cóż, czasem trzeba ściągnąć kaganiec, żeby móc sobie powrzeszczeć. Oczywiście "trzysta słów" to pewna idea, która ma mi pomóc pisać częściej i więcej, ale czasem pojawią się tutaj też dłuższe teksty, których formuła wymusza obszerniejszą treść (np. wywiady).

Wszystkiego dobrego!

fot. Kaboompics

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz